Drodzy Parafianie!
Pragnę podzielić się z Wami radością, której doświadczyłam w czasie dwutygodniowego pobytu w Kinshasa - Congo.
Swoją opowieść o przygodzie na afrykańskiej ziemi zacznę może od nostalgii, która towarzyszyła mi skrycie od dłuższego już czasu. Kiedy w 1978 r. mój brat Jan Smaluch został wysłany przez swoje Zgromadzenie Najświętszych Serc Jezusa i Maryi do pracy misyjnej w Zairze w Afryce, nawet mi się nie śniło, że będę także miała łaskę dotknąć moimi stopami afrykańskiej ziemi. Brat Jasiu zawsze na każdym urlopie ciekawie opowiadał coś niezwykłego o życiu czarnych ludzi. We wszystkich tych opowieściach zawsze znalazła się jakaś niedokończona historia z jego pracy, poprzez którą miałam ciągłe pragnienie, żeby odwiedzić Jasia - mojego brata na polu jego misyjnej działalności. Jednak odległość, bariera językowa i cała ta afrykańska dzicz i egzotyka odstraszały mnie przed podjęciem ostatecznej decyzji przez 35 lat. Dopiero rok 2014 okazał się sprzyjający do zrealizowania tych pragnień i pobożnych marzeń. Po długich namowach przez Ojca Andrzeja ss.cc zostały załatwione formalności wizowe i biletowe, a także termin startu ( a później powrotu) w nieznany i nadal jeszcze "dziki" kontynent afrykański.W towarzystwie i pod opieką dwóch Ojców ze Zgromadzenia mojego brata tj. O. Andrzeja i niedawno goszczącego w naszej parafii O. Bronisława wylecieliśmy 30 lipca z Warszawy do Istambułu w Turcji, a następnie liniami tureckimi szczęśliwie do Zairu. Lot przebiegał spokojnie przez morza i pustynię, aż do szczęśliwego lądowania w Kinshasie.Po kontroli paszportowej i celnej na mrocznym lotnisku ujrzeliśmy uśmiechniętego O. Jana Smalucha - mojego brata - wraz z innymi, którzy na nas oczekiwali.Po półgodzinnej podróży samochodem po piaszczystej i mocno wyboistej drodze dotarliśmy do klasztoru, który z racji defektu instalacji elektrycznej otulony był ciemnościami egipskimi i tylko gdzieniegdzie paliło się jakieś światełko.
W pierwszym dniu pobytu uczestniczyliśmy we Mszy św. o godz. 6:30, a o godzinie 11:00 miał miejsce pogrzeb młodej kobiety. Kościół był wypełniony ludźmi do ok. 1000 osób. Śpiewem i lamentem niespotykanym w naszej rzeczywistości żegnali swoją krewną. Mimo braku znajomości języka kontakt z ludźmi był bardzo serdeczny i zrozumiały. Ze wzruszeniem uściskałam wyciągające się w moim kierunku czarne i spracowane ręce starców, młodzieży i dzieciaków.Ten przyjazny oraz bardzo życzliwy stosunek czarnych parafian był oznaką nie entuzjazmu na mój widok, tylko był to dowód życzliwości i wdzięczności tamtejszych ludzi wobec Jasia i jego mozolnej pracy i działalności misyjnej. Ta wdzięczność i radość panująca wszędzie uskrzydlała moje serce, a dzięki temu zrozumiałam sens poświęcenia i trud zaangażowania w pracę misyjną mojego brata przez ponad trzydzieści lat. Teraz już wiem, z jakimi przeciwnościami musi się zmagać i rozumiem też, dlaczego nadal go ten kraj pociąga i fascynuje - bo jest tam potrzebny i przede wszystkim kochany.Już żadna historia opowiadana później przez brata, nie będzie mi obca, gdyż swoimi oczami widziałam wybudowane kościoły, szkoły, placówki i wszystkie te miejsca zagospodarowane do wspólnych spotkań.Miałam radość i okazję spotkania z tamtejszymi siostrami zakonnymi, które pracują w ośrodku dla chorych: dzieci i młodzieży. Ich praca to nie tylko rehabilitacja opuszczonych przez los podopiecznych, ale również trud wychowania. Mimo że bieda jest widoczna na każdym kroku, wszędzie widać uśmiechnięte i rozśpiewane twarze -szczególnie dzieci, które już w wieku 5 lat otaczają troską młodsze rodzeństwo, karmiąc je lub nosząc na plecach, a mnie białą Józefin, kojarzyły z rozdającą zawsze słodkości. Ze wzruszeniem i współczuciem spoglądałam na kobiety noszące na głowie wodę i inne materiały potrzebne do codziennego życia.Miałam okazję być w domu, a raczej przed nim u pewnej rodziny afrykańskiej, z którą przygotowywałam ich codzienny posiłek, tj. tradycyjny maniok.Opowiadanie na temat jedzenia jeszcze się nie kończy... Jeżeli chodzi o posiłki, to miałam możliwość gotowania przed domem u Jasia na węglu drzewnym (takim, jakiego dawniej używano w żelazku do prasowania) na ciekawym palenisku. Było to szczególne przeżycie i doświadczenie gotowania po polsku w afrykańskiej rzeczywistości.
To co najbardziej zapada w pamięć, to piękna i spontaniczna modlitwa czarnych ludzi podczas Mszy św. Miałam wielokrotną okazję trwać na modlitwie i uczestniczyć we Mszach św. odprawianych przez Jasia. Najbardziej poruszyła mnie Msza odprawiana pod gołym niebem w dzikiej roślinności, gdzie na ciemnym piasku powstał ołtarz zbudowany z długich liści palm. Jest to teren, gdzie osiedlają się rodziny, które wybudowały sobie na kupionej parceli swój symboliczny domek. Właśnie na tym terenie Jasiu rozpoczął już budowę kolejnego kościoła pod wezwaniem bł. Teresy Ledóchowskiej.
Mimo prymitywnych warunków życia dwa tygodnie pobytu upłynęły bardzo szybko i trzeba było się żegnać z egzotycznym, afrykańskim światem, na który teraz będę spoglądać z oddali, ale już z innymi odczuciami, jednocząc się w modlitwie ze wszystkimi, których spotkałam.
Józefa Jaroszek